Riesenrad — wizytówka Wiednia
NA PIERWSZYM planie malowniczo rozciąga się Wiedeń, a w oddali wznosi się pasmo Lasu Wiedeńskiego. Panorama ta jest tak charakterystyczna, że niemal słychać płynące w powietrzu melodyjne dźwięki walców Straussa. Młody mężczyzna nie przez przypadek wybrał to miejsce, a teraz, próbując opanować drżenie serca, oświadcza się swojej ukochanej. Są 60 metrów nad ziemią. Dlaczego tam? Nie po raz pierwszy i z pewnością nie po raz ostatni wiedeński Riesenrad — ogromny diabelski młyn — jest świadkiem tak podniosłego wydarzenia.
Już od przeszło 100 lat Riesenrad, znajdujący się w dużym parku o nazwie Prater, jest jedną z ulubionych atrakcji Wiednia. Zaproszenie przy wejściu głosi: „Nie poznasz Wiednia, jeżeli nie zobaczysz go z Riesenradu”. Ale ten ogromny diabelski młyn, najstarszy z obecnie działających, ma za sobą niespokojną przeszłość. Jak doszło do powstania tego stalowego kolosa? I dzięki czemu przetrwał burze dziejowe?
Stolicę cesarstwa lubił oglądać ze szczytu Riesenradu Franciszek Ferdynand, następca tronu austro-węgierskiego. W czerwcu 1914 roku arcyksiążę zginął w zamachu, co stanowiło preludium I wojny światowej. Nie pozostało to bez wpływu na losy koła. Nie tylko pozbawiono je dostojnego gościa, ale też zamknięto dla ogółu, przekształcając w wojskowy punkt obserwacyjny. Riesenrad uruchomiono ponownie w maju 1915 roku. W kraju dawał się jednak odczuć brak żelaza, a tu stało ogromne koło, wręcz proszące się o rozbiórkę! W roku 1919 sprzedano je praskiemu kupcowi, który w ciągu trzech miesięcy miał dokonać demontażu. Ale okazało się, że koszt rozbiórki tej skomplikowanej konstrukcji przekracza wartość żelaza. Tak więc słynna już atrakcja o włos uniknęła „wyroku śmierci” i dalej bawiła gości.
Z powodu wojny oraz rozpadu monarchii austro-węgierskiej w Wiedniu zaszły poważne zmiany. W latach trzydziestych gospodarka podupadła, a sytuacja polityczna stała się bardzo niepewna. Popularny do niedawna Steiner musiał ze względu na swe żydowskie pochodzenie ratować życie ucieczką. Mimo to w latach 1939 i 1940 z przejażdżki Riesenradem skorzystała rekordowa liczba osób. Po wybuchu II wojny światowej ludzie najwyraźniej rzucili się w szaleńczą pogoń za rozrywką. Tymczasem we wrześniu 1944 roku miasto obiegła alarmująca wiadomość — Riesenrad płonie! Zwarcie w instalacji pobliskiej kolejki górskiej wywołało pożar, który ogarnął też diabelski młyn i strawił sześć wagoników. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść.
W kwietniu 1945 roku, pod sam koniec II wojny światowej, Riesenrad znów stanął w ogniu. Tym razem żywioł zniszczył wszystkie 30 wagoników oraz urządzenia kontrolne. Ostała się jedynie żelazna, nadpalona konstrukcja koła. Ale nawet to nie oznaczało jego kresu. Podczas gdy budynki mieszkalne leżały w gruzach, diabelski młyn, choć był już tylko stalowym szkieletem, stał mężnie na przekór trudnościom. I jeszcze raz rozbiórka okazała się nieopłacalna. Co zatem go czekało?
Ponownie zdecydowano się na odbudowę, chociaż ze względów bezpieczeństwa zamontowano tylko co drugi wagonik. Od maja 1947 roku aż po dziś dzień Riesenrad się obraca, wolno unosząc i opuszczając zadowolonych pasażerów. Dzięki takim filmom jak Trzeci człowiek, z niezapomnianym tematem muzycznym wykonywanym na cytrze, koło stało się znane daleko poza Wiedniem.
Diabelskie młyny wzniesione wcześniej w Chicago, Londynie, Blackpool i Paryżu poszły na złom, ale wiedeński Riesenrad przetrwał. Wciąż stanowi świadectwo determinacji, z jaką powojenne pokolenie dążyło do odbudowy. Stał się również wizytówką Wiednia. Jeżeli kiedyś tam zawitasz, z pewnością zechcesz się pokręcić na tym olbrzymim diabelskim młynie. Być może też zobaczysz starszego mężczyznę opowiadającego swym wnukom, jak to kiedyś wysoko na kole próbował uspokoić drżenie serca, gdy babcia przyjęła jego oświadczyny.